Chyba bardziej dla siebie…

Chyba bardziej dla siebie…

Chyba bardziej dla siebie piszę ten post, niż dla kogoś, ale może ktoś przeczyta. Trzy dychy na karku, to opowiem wam pewną historię młode siurki.

Rok Pański jakiś 2002. Nie było jeszcze za bardzo internetu, więc herosy 3 robiły na osiedlu furorę, zwłaszcza że przecież dało się grać w kilka osób na jednym komputerze. W małym dwudziestomieszkaniowym bloku było nas siedmiu we względnie podobnym wieku plus jeden ziomeczek z bloku obok. Graliśmy często w 3-4 osoby, przy okazji rozmawiając o tym co słychać w szkole itd.

Pewnego razu ktoś wpadł na pomysł, że fajnie grałoby się, gdybyśmy nie widzieli ruchów przeciwnika – żeby przy komputerze przebywała tylko ta osoba, której aktualnie tura się toczy. Niestety nie bardzo były ku temu warunki, bo wiadomo – wszystkie mieszkania dwupokojowe, rodzice, rodzeństwo itd, a odwracanie się plecami do komputera na dłuższą metę nie zdawało egzaminu, bo zawsze ktoś coś „przez przypadek” podejrzał i prowadziło to do kłótni, a nawet rękoczynów.No ale pewnego pięknego wakacyjnego dnia okazało się, że jedyny w naszym gronie jedynak – Żuczek, będzie miał następnego dnia wolną chatę od 7 do 15. Tak więc ustaliliśmy, że wszyscy będą siedzieć w salonie, a aktualnie wykonujący turę, będzie szedł do małego pokoju, gdzie przenieśliśmy komputer. Chętni okazali się wszyscy, więc było nas aż 8 osób. Punktualnie o 7 wszyscy zameldowali się na trzecim piętrze u Żuczka(przy zdziwieniu naszych matek – „po co się zrywasz z łóżka przed 7 w wakacje?”). Samo to, że nikt się nie spóźnił nawet o minutę, pokazuje jak wielkie ciśnienie towarzyszyło każdemu z nas.
Wybór zamku i bohatera chyba wszystkim spędzał sen z powiek i każdy miał to gruntownie przemyślane, więc poszło sprawnie i… RUSZYLIŚMY!

W salonie niby każdy rozmawiał o codziennych sprawach, ale jednak dało się wyczuć napięcie i ekscytację. Stawka była przecież wysoka – na zwycięzcę rozgrywki miał spłynąć osiedlowy splendor, a opowieści o jego triumfie miały nieść się jeszcze przez co najmniej kilka miesięcy po wszystkich osiedlach w mieście.
Przyszedł chyba czas, żebym zarysował Wam sylwetkę naszego gospodarza – Żuczka. Był najmłodszy z nas(od niektórych młodszy o 4 lata. W tamtym momencie miał z 12 lat), ale zdecydowanie najbardziej cwany. Czasami mu to pomagało, czasami go gubiło. W każdej dziedzinie życia chciał szybkiego sukcesu, jak najmniejszym kosztem – nie inaczej było w herosach. Ale po kolei.

W tamtych czasach nie było filmików na YT z mistrzostw, nie było rozkminiania jakichś taktyk itd. Grało się prosto – najpierw wybudować Kapitol, a później zwiedzać mapę i lać lamusów jak ojczym pasierba. Żuczek jednak wyprzedzał swoją epokę i jako jedyny zamiast budowy Kapitolu wolał szybko stworzyć armię. Jednak Żuczek nie zawsze potrafił mierzyć siły na zamiary – zarówno w herosach, jak i w życiu codziennym(o czym świadczyły często podbijane oczy przez jakichś dryblasów). Graliśmy już dobre trzy-cztery godziny(wszystko szło koszmarnie wolno), jak Żuczek w salonie jako pierwszy złamał tajemnicę gry i zaczął chwalić się jak to zainwestował w armię, zamiast w Kapitol. Niestety po następnej turze nie był już taki pewny siebie – przegrał w nierównym starciu z hordą bazyliszków i zaczęła się dla niego wegetacja. Z każdą minutą marudził coraz bardziej – że nie ma Kapitolu i przez to nie ma pieniędzy na armię itd. Jego tura trwała kilka sekund, a żale z frustracji były coraz bardziej histeryczne. W końcu, mimo ciężkich czasów, zdecydowaliśmy się, że w 5 osób wyślemy Żuczkowi po 2 tysiące złota i niech wybuduje sobie ten Kapitol. No jakby nie patrzeć – był gospodarzem całego tego spędu.Żuczek jednak był człowiekiem nieustępliwym, a chęć zemsty na hordzie bazyliszków była silniejsza niż rozsądek. Żuczek zamiast wybudować Kapitol, pieniądze przeznaczył na wykup rekrutów i ruszył z obłędem w oczach na bazyliszki, by wyrównać rachunki. Niestety, bardowie nie opiewają dziś Żuczka i jego armii, gdyż poniósł on kolejną sromotną klęskę.

Epilog tej historii jest smutny – Żuczek nie mógł pogodzić się z kolejną porażką i w szale wyłączył komputer i zaczął nas wypraszać z mieszkania. Przy czym on nie używał słów „wypraszam was”, tylko kazał nam po prostu wypierdalać Gdy zaczęliśmy już nawet siłą tłumaczyć mu, że jednak dokończymy grę – zadzwonił(z telefonu stacjonarnego ), do swojego ojca. W sojuszu ze swoim starym, na własnym terenie, Żuczek był dla nas zbyt potężny…
Po nieudanych negocjacjach wszyscy opuściliśmy lokal ze spuszczonymi głowami i z ogromnym niedosytem udaliśmy się do swoich mieszkań. Czas mijał, ale rany się nie zabliźniały. Graliśmy z Żuczkiem w piłkę czy później w Kozaków przez neta, ale już nigdy w herosy. Grywaliśmy jeszcze po 3-4 osoby, ale już nigdy w tak licznym gronie. Po jakimś czasie jeden z nas wyjechał na studia, później drugi, a trzeci się wyprowadził itd. Nigdy nie było już nam dane przeprowadzić gry w takiej formule, a żal za tamten dzień pozostał w sercu każdego z nas do dziś…

#heroes3 #homm3 #heroesowememsy #zajebanezfacebooka #nostalgia #gry to nie #pasta wpis autorski


Comments are closed.