Goddamn Mongolians! Czyli…

Goddamn Mongolians! Czyli…

Goddamn Mongolians! Czyli Ghost Of Tsushima

Witam serdecznie, dziś nie będzie o broni, gdyż te wpisy wymagają nieco dłuższego procesu przygotowania (kurwa, brzmię jakbym tworzył jakieś kilkutomowe wiekopomne dzieła, lol) a brakuje mi czasu, więc dziś będzie o grze. Jednej grze (której przejście zajęło mi sporo czasu ze względu na już wspominany brak czasu).
Znacie to przyjemne uczucie, gdy nie macie niemal żadnych oczekiwań wobec czegoś, a to coś niesamowicie pozytywnie was zaskakuje? Ghost Of Tsushima to kwintesencja tego uczucia, przynajmniej w moim wypadku.

Początkowo ten tytuł kompletnie latał mi koło dupy. XIII-wieczna Japonia, samurajowie, fajny temat, bardzo lubię kulturę i historię kraju kwitnącej wiśni, ale na wieść, że będzie to kolejny sandbox moje całe zainteresowanie tytułem wyparowało. Gier z dużym otwartym światem mamy w ostatnich latach przesyt, a moja próba podejścia do Assassin’s Creed: Odyssey zakończyła się jeszcze większym obrzydzeniem do niemal całego tego gatunku. Podsumowując, liczyłem na przeciętniaka pokroju „Days Gone”, nie miałem wobec tej gry żadnych oczekiwań, miałem plan kupić ją jakiś czas po premierze za 50 złotych i tyle. Ale pojawiły się recenzje i coś mnie tknęło. Nie bardzo wiem co, ale pomyślałem „a chuj tam, zrobię pre-order”. I to była naprawdę dobra decyzja.
Mam lekką ochotę napisać, że GoT jest lepszą grą niż The Last Of Us: Part II, ale po dłuższym zastanowieniu uważam, że zestawianie tych dwóch tytułów byłoby trochę niesprawiedliwe. Nie pytajcie dlaczego, chyba darzę Part II zbyt dużą sympatią. Ale na pewno mogę wam napisać, iż po ukończeniu Ghost Of Tsushima czułem autentyczne zadowolenie i podziw a po Part II… Sam nie wiem co czułem. Może o to twórcom chodziło, a może sam przed sobą bronię TLoU II, nie wiem. Cholernie lubię Part II, chyba nawet bardziej niż pierwsze The Last Of Us, ale wiecie, to takie „cholernie lubię” na zasadzie „Mafii III”. „Cholernie lubię” ale mam świadomość, że gra na swoje (spore) wady.

Wracając do ducha, wybaczcie, ale sam początek będzie tak trochę „od dupy strony”, gdyż muszę napisać o największej dla mnie zalecie, czyli walce. Pojedynki to istna poezja a animacje są po prostu bajeczne. Znacie to uczucie, gdy podczas gry czujecie się jak totalny badass? Mimochodem uśmiechacie się pod nosem kasując kolejne zastępy wrogów? No to żadna inna gra nie dała mi tego uczucia mocniej niż Ghost Of Tsushima. Początkowo myślałem sobie „walka jest fajna i widowiskowa”, jednakże w połowie gry po mocnym rozwinięciu bohatera czułem się jak autentyczny samuraj, ładowałem się w każdą, nawet najmniejszą walkę. Uczucie, gdy atakuje Cię sześciu wrogów a ty w krwawym balecie, bez odniesienia żadnych obrażeń wycinasz pięciu podczas gdy ostatni ucieka w popłochu jest niewiarygodne. Podobne uczucie „potęgi” dała mi seria Batman: Arkham (właściwie każda część) i Star Wars: The Force Unleashed II (mocno średnia gra, ale Starkiller po dopakowaniu był istnym potworem), ale chyba nie aż tak. Wczułem się w to tak mocno, że w pewnym momencie kompletnie odstawiłem wątek fabularny, żeby po prostu odbijać przejęte przez Mongołów bazy i umocnić swojego bohatera. Wczułem się w to tak mocno, że skrytobójstwa ograniczyłem do absolutnego minimum, bo przecież kodeks samurajski na to nie zezwalał (przez co w dosyć znacznym stopniu utrudniłem sobie grę). Do każdej, nawet największej i najtrudniejszej walki podchodziłem frontalnie, bez chowania się w krzakach. Wczułem się w to kurwa tak mocno, że mam teraz nieodpartą ochotę kupić Sekiro, choć wiem, że jestem na tą grę zwyczajnie za słaby i zbyt nerwowy. Nie bez powodu wspomnam o tworze From Software, gdyż są tu pewne elementy wspólne, ale uznałem, że nie będę ich opisywał, gdyż tekst stałby się zbyt długi, wybaczcie.

System walki w GoT jest niesamowity, ale ma też swoje wady. Chyba największą jest brak możliwości zaznaczenia i skupienia ataku na jednym wrogu. Jin po prostu macha mieczem tam gdzie stoi przodem. I początkowo kręciłem na to nosem, ale później, gdy dochodzi do starć piętnastu na jednego (serio), gdy przeciwnicy atakują z kilku stron jednocześnie brak sztywnego skupienia ataków na jednym wrogu ma trochę sens. Co nie zmienia faktu, że taka opcja grze by nie zaszkodziła, po prostu mogłaby być opcjonalnie włączana.
Czasami problemy sprawia kamera, szczególnie podczas „prowokacji”. Są to nieziemsko widowiskowe starcia, gdzie Jin jednym cięciem (wymagane jest wciśnięcie „trójkąta” w odpowiednim momencie) wykańcza przeciwników jednego po drugim. Czasami kamera lubi pokazać nam gałąź, drzewo czy jakąś dużą roślinę kompletnie zasłaniając walkę, przez co nie mamy szans na wygraną (zbyt wczesne lub zbyt późne wciśnięcie przycisku niemal kompletnie pozbawia nas życia), ale to sporadyczne przypadki.

W sumie jak już tak zacząłem o wadach, to od razu je sobie wymieńmy, bo nie jest ich zbyt dużo.
Druga (chyba mocno subiektywna), to elementy zręcznościowe. W pewnym momencie gry nasz bohater dostaje linkę z hakiem, której może używać do zaczepiania się na gałęziach oznaczonych (a jakże) czerwoną chustą. I mam wrażenie, że elementy zręcznościowe są zbyt częste i zbyt „sztywne”. Czasami ciężko ocenić jak bardzo trzeba się rozbujać żeby dolecieć na drugą krawędź ściany, czasami Jin nie łapie się półek których powinien się złapać, czasami potrzebne są naprawdę dziwne, ukośne skoki które wydają się niewykonalne i tak dalej. Pierdoły, no ale Uncharted, Tomb Raider czy choćby Jedi Fallen Order to z pewnością nie jest.

Trzecia wada, to grafika, a konkretnie twarze. O ile facjaty najważniejszych postaci w grze są przepiękne i bardzo szczegółowe (spływający po czole pot, oczy czerwone od łez), tak postaci drugoplanowe (co dziwne, Yuna, najważniejsza z drugoplanowych postaci którą oglądamy bardzo często też ma twarz niższej jakości) a już szczególnie randomowi NPC wypadają biednie. W sensie, sam wygląd twarzy nie jest tragiczny, ale widać, że do jednych przyłożono się bardziej a do innych mniej. Szczególnie mocno widać to w przerywnikach z NPC’ami, gdzie kamera nigdy nie skupia się bezpośrednio na nich a zawsze odjeżdża gdzieś dalej lub pokazuje szerokie kadry żeby nie straszyć nas kiepską mimiką czy pixelozą. Ale tak jak mówiłem, to nie jest jakiś wielki problem, ale warto go odnotować.

Koniec wad, skupmy się trochę na zaletach. Walka już była, czas na drugą według mnie najlepszą rzecz, czyli… Ponownie grafikę, a raczej to jak gra przedstawia się pod względem stylistycznym. Jest PRZECUDOWNA. Gra jest niesamowicie kolorowa, intensywna, pastelowe wręcz. Długie pola złożone z różnokolorowych kwiatów, gęste lasy, samotne drzewa wiśniowe czy wzgórza pięknie porośnięte białymi krzewami, to widok jakiego jeszcze w grach nie widziałem. W sensie, nie w tak pięknym wydaniu. GoT nie wygląda tak realistycznie jak nowe The Last Of Us, ale i nie próbuje tak wyglądać. Do tego kapitalne efekty cząsteczkowe, tony latających na wietrze liści czy pyłków wyglądają magicznie, wręcz mistycznie. Ghost Of Tsushima prezentuje dziką Japonię nieco stereotypowo, tak jak pewnie wiele osób sobie ją wyobraża. Chyba w żadnej grze nie wykonałem tyłu screenshotów co w GoT. No może w Control, chociaż wydaje mi się, że nie aż tyle.

Aa, jeszcze muszę wspomnieć o krwi. Gra nie jest jakoś wyjątkowo brutalna (zdarzają się dekapitacje, ale do TLoU II nawet się nie zbliża), lecz jucha bryzga na prawo i lewo. Przeciwnicy po cięciach obficie krwawią a krew ochlapuje pancerz i twarz Jina. Może nie wygląda to tak realistycznie jak w (co za zaskoczenie) The Last Of Us: Part II, ale tu również wygląda świetnie. A gdy zakrwawiony Jin po wyrżnięciu wszystkich wrogów eleganckim „strzepnięciem” lub wytarciem o rękaw czyści z krwi katanę, a później wkłada ją do pochwy (hehe, pochwa, seksik, śmieszne słowo, czaicie?)… Uuu, animacyjny orgazm.

Apropo wiatru, oprócz niesamowitych efektów wizualnych (najładniej powiewające gałęzie, liście czy kwiaty ever) służy też jako narzędzie nawigacji. W tej grze nie ma minimapy czy strzałek. Do celu kieruje nas wspominany wiatr i poruszające się na nim kwiaty czy gałęzie. Jeżeli dla kogoś to zbyt mało, to po przesunięciu palcem po panelu dotykowym aktywujemy nagły, mocny podmuch który dokładniej pokaże nam w którą stronę się udać. Mówcie co chcecie, ale dla mnie to rewolucja i najlepszy system nawigacji w grach ever. Chcę to widzieć w każdej grze w której występuje duża liczba drzew czy roślin. Poważnie.

Trzecia najlepsza rzecz to według mnie fabuła i sam gameplay. Jak chcecie wiedzieć o co fabularnie w tej grze chodzi, to po prostu obejrzyjcie sobie jedenasty odcinek szóstego sezonu South Park („Child Abduction is Not Funny”, S06E11). Nie no dobra, tak poważnie, scenariusz nie jest jakiś wyjątkowo zaskakujący czy skomplikowany, to raczej prosta historia o zemście i próbie ratowania ojczyzny, ale rozterki moralne bohatera i pewne całkiem zaskakujące twisty (szczególnie koniec gry, przeczuwałem co się stanie, ale jak już się stało, to siedziałem z otwartą japą dobre 5 minut) czynią ją bardzo angażującą i ciekawą. Szczególnie wspominane rozterki są bardzo interesujące. Jin Sakai jako samuraj kieruje się kodeksem i honorem. Każdy wróg zasługuje na uczciwą walkę, zabijanie z ukrycia czy jakiekolwiek inne podstępy są niehonorowe. Jednakże Mongołowie (I’m gonna get you, fuckin’ Mongorians! Don’t break down my city wall!) kodeksem się nie kierują, więc nie wahają się używać wszelkich, nawet najbrutalniejszych metod, przez co podczas pierwszego boju na plaży wybici zostają niemal wszyscy samurajowie. Jako jedyny ocalały, Jin próbując przetrwać i wyprzeć przeciwników z wyspy musi nagiąć swój kodeks i działać niehonorowo, tocząc brudną wojnę tak, jak robią to jego wrogowie. Albo i nie, gdyż to częściowo zależy od nas.
Zarówno zadania dotyczące głównego wątku jak i misji pobocznych są fajne i przeważnie zróżnicowane, wszystkie w jakiś sposób kręcą się wokół fabuły. Nie ma tu głupich „fedexów” i kompletnie oderwanych od głównego wątku zadań, jak „dookoła wojna a ty przynieś mi 3 tony marchewki, bo chce mi się zupy marchwiowej, czego kurwa nie rozumiesz”, wszystko ładnie się ze sobą spina i zazębia. To jedna z niewielu gier, w którą aktywnie gram po ukończeniu wątku fabularnego, bo misje poboczne są angażujące a chcę tą grę ukończyć na 100%.

Jest jeszcze wiele rzeczy o których chciałbym wam napisać, ale tekst zrobiłby się za długi (a już jest długi), więc mam nadzieję, że to wam wystaczy. Ghost Of Tsushima to jedna z najlepszych gier na PS4 i godne pożegnanie całkiem udanej generacji. Gdybym miał zrobić jakąś listę najlepszych tytułów ekskluzywnych na czwarte playstation, to pierwszy byłby God Of War, drugi The Last Of Us: Part II (nie pytajcie, sam do końca nie wiem dlaczego tak bardzo tą grę uwielbiam) a trzecie byłoby Ghost Of Tsushima.
TL;DR: bardzo spoko gra.
Dziękuję za uwagę, następnym wpisem będzie ten o błędach dotyczących broni w grach, obiecuję. Tzn. Nie wiem kiedy ten następny wpis będzie, pewnie za dwa tygodnie, no ale no. Dzięki za przeczytanie, miłego weekendu wszystkim, papa.

#20gierwykopka #ps4 #gry #gruparatowaniapoziomu #konsole #ghostoftsushima #technologia


Comments are closed.